„ROZMOWY DZIECIĘCIA WIEKU” FRÉDÉRIC BEIGBEDER

Lubię Beigbeder’a. Jest dla mnie ucieleśnieniem typowego, francuskiego pisarza. Kocha siebie i świat, z którego czerpie pełnymi garściami. Potrafi spojrzeć krytycznie oraz z nutą dowcipu bądź grozy opisać, co go boli, a co cieszy. Jest na pierwszych stronach gazet, magazynów zarówno jako autor jak i celebryta. Prowadzony przez niego program telewizyjny dodaje mu tylko smaczku doskonałego mówcy. Każda jego książka okazuje się bestsellerem. No cóż. Czy naprawdę pisarz idealny? Można tworzyć tylko dobre publikacje?

Czego mogłam się spodziewać po „Rozmowach dziecięcia wieku”?… Tak! Intelektualnej uczty, którą… otrzymałam.

Frédéric Beigbeder zabrał mnie na kolację w iście francuskim stylu. Przystawka to humor skroplony uśmiechem, danie główne – inteligencja i erudycja, deser – szczerość crème de la crème. A wszystko to w towarzystwie najwspanialszych pisarzy. Znaleźli się wśród nich między innymi: Bernard Frank, Guillaume Dustan, Umberto Eco, Françoise Sagan, Bernard – Henri Lévi czy tez Michel Houellebeq. Dwudziestu czterech bohaterów, w tym nieżyjący już Francis Scott Fitzgerald oraz Charles Bukowski. Ale autor ofiarował nam coś jeszcze – autowywiad. Ciekawie przyrządzony i podany z całą swoją charakterystyczną nonszalancją.

Postanowiłam czytać książkę, dokładnie jak polecał. „Nie czytajcie tych dialogów ciurkiem, staną się niestrawne jak obiad o dwudziestu daniach. Proponuję skosztować jednego czy dwóch na raz, potem odłożyć książkę, wyjść z domu i zrobić to samo w barze.” Starałam się robić pauzy, choć na pewno nie były zbyt długie. Pochłonęłam ją w dwa dni, zmieniając nieco entourage wokół siebie, by poczuć się jak towarzysz rozmów. Z filiżanką kawy, z lampką wina, w ogrodzie czy w łóżku smakowała tak samo. Po każdym jednak wywiadzie czułam pewien niedosyt. To już! Tylko tyle! Coś za krótkie te rozmowy! Ale będąc gdzieś pomiędzy Antonio Tabucchi’m a Catherine Millet uświadomiłam sobie, że to jest właśnie to. Wymagamy od pisarza wielu słów. A przecież czasem wystarczy jedno zdanie, słowo, które zmieni wszystko. Jak inaczej wytłumaczyć rozmowę z Albertem Cossery, któremu usunięto struny głosowe. To tylko kilka zdań i  dwie sentencje zapisane w notesie.

Niektórzy z nich znani są z wielkich powieści, inni z esejów. Są wśród nich twórcy bardzo płodni, jak i tacy, którzy pracują nad książką wiele, wiele lat. Ale łączy ich jedno. Wszyscy mają coś do przekazania. „Rozmowa dwóch pisarzy przypomina pocieranie krzemieniem o krzemień: ogień nie jest gwarantowany, ale na pewno trafi się kilka iskier” My otrzymujemy w „Rozmowach” zarówno te niewielkie iskiereczki jak i ognisko. Niekiedy bywa bardzo poważnie. Są wspomnienia wojny, zamachu na World Trade Center, polityki tej francuskiej oraz międzynarodowej. Gdzieś, ktoś mówi o śmierci i chorobie. Przeplata się to z tematami całkowicie błahymi, lekkimi. Pisarze przypominają swoje dzieciństwo, a także czasy, gdy literatura czy kultura miała nieco inne znaczenie niż dzisiaj. Niejeden raz uśmiechnęłam się szczerze, by za chwilę poczuć łezkę w oku. Jest w tych rozmowach jakiś smutek i nostalgia. To chyba tak powinno być. Sam autor zaczyna książkę wprowadzając nas niejako w ten klimat. „Chciałabym, żeby te wywiady mogły kiedyś zaświadczyć, że byli ludzie, którzy coś pisali, a przede wszystkim siadali przy stole i dyskutowali o literaturze. Robili to zaś pod koniec jednego wieku i na początku następnego, kiedy należeli do grona ostatnich na świecie zainteresowanych tą niemodną dyscypliną. […] W czasach gdy wszystko się przysięgło, żeby izolować nawzajem ludzi, ich rozmowy były jakąś formą sprzeciwu. Dyskutowali, więc byli.”

Trudno zdefiniować książkę w kategoriach łatwa czy trudna? Dla kogo odbiór jej będzie jak poranna mżawka, a kto przejdzie z nią przez ogromną burzę? Trzeba na pewno mieć rozeznanie we francuskiej literaturze oraz kulturze. Już sama lista współrozmówców wymaga od nas znajomości samych twórców. Historia, życie społeczne, sztuka, literatura, problemy egzystencjalne i radości dnia codziennego. Odnajdziemy tu również miłość jako uczucie głębokie, pełne, stałe, by za chwilę usłyszeć o romansach z nieletnimi, wyzwolonymi dziewczynami. Nie wszystko będzie się nam podobać. Sama nie zgadzam się z niektórymi, wygłoszonymi poglądami. Ale tak naprawdę nie o to chodzi. Przechodzi się przez „Rozmowy…” jak przez spotkanie, którego długo oczekiwaliśmy. Dialog jest szczery do bólu, a wrodzona inteligencja naszych bohaterów stanowi najwspanialsze jej dopełnienie. „Zobaczcie – mówi autor – to lepsze niż pójście na jogę – nie do wiary, jak człowiek dobrze się czuje, słuchając ostatnich inteligentnych ludzi na świecie.”

Nie bez przyczyny znaleźliście w mojej recenzji tyle odniesień do kuchni francuskiej. Frédéric Beigbeder podaje każdy wywiad niczym na tacy przynoszonej prze kelnera. Wraz z kolejnymi wspaniałymi potrawami licznych restauracji, barów, prywatnych domówi i zamków, do których nas zabiera, otrzymujemy nową myśl. Czytając, bywamy niekiedy głodni i to nie tylko w sensie kulinarnym. Odczuwamy niedosyt duchowy, który szybko jednak mija. Nowa sentencja staje się odpowiedzią.

Ja na pewno przeczytam „Rozmowy dziecięcia wieku” jeszcze raz. Zabiorę je ze sobą do Paryża, by w ulubionej kawiarni delektować się nią w atmosferze francuskich zapachów i smaków. Zapewne odkryję jeszcze wiele nowych myśli ukrytych w słowach. Może zwrócę uwagę na rzeczy, które teraz mi umknęły?

Niewątpliwie zapraszam Was do lektury. A więc – bon appétit.

 

Magdalena Leszner-Skrzecz

FRÉDÉRIC BEIGBEDER

„Rozmowy dziecięcia wieku”

Przełożyła Anna Michalska

Wydawnictwo NOIR SUR BLANC

2018