KRADZIEŻ MONA LISY – WCIĄŻ WIĘCEJ PYTAŃ NIŻ ODPOWIEDZI

Ponad 107 lat temu miała miejsce jedna z najbardziej tajemniczych, a zarazem cichych kradzieży dzieł sztuki. Do dziś pozostaje więcej pytań niż odpowiedzi. Coś, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem 21 sierpnia 1911 roku.

Wakacyjny poranek w Paryżu był jeszcze leniwy. Niewiele osób śpieszyło się do pracy. Przed Luwrem kilkanaście pracowników, przede wszystkim rzemieślnicy, dekoratorzy, historycy sztuki. Wszyscy kierowali się do głównej galerii, gdzie jak co dzień, odbywała się odprawa. Chwilę później rozpoczął się normalny, pracowity czas bez zwiedzających. Wielkie muzeum jest wtedy sprzątane, zbiory aktualizowane, niektóre prace trafiają do konserwatorów. Dzień minął niepostrzeżenie, by we wtorek znów otworzyć swe drzwi dla turystów.

Dopiero około godziny 13 w południe zauważono coś dziwnego. Brakuje jednego z eksponatów – najważniejszego. Nie ma Mona Lisy. Dzieło Leonarda da Vinci zniknęło z sali. Ochrona jeszcze nie alarmuje. Sprawdzane są biura konserwatorów, historyków sztuki, dyrekcji. Po pewnym czasie na klatce schodowej odnajdują pustą ramę od obrazu. Teraz mają pewność – skradziono dzieło Luwru.

Rozpoczęło się międzynarodowe śledztwo, a  świat obiegła wiadomość: „La Joconde a disparu du Louvre.”

Jak to się stało, że ktoś wyniósł obraz z muzeum niezauważony przez nikogo? Kiedy miałby to zrobić? Dlaczego?

Trzeba zdać sobie sprawę, że Luwr nie jest zwykłym muzeum. To dzieło sztuki samo w sobie. Jest ogromne, ma mnóstwo pięter, korytarzy, sal, piwnic. Prawie 220 000 metrów kwadratowych! Od samego początku uchodziło za najbogatsze w zbiory miejsce na świecie. Co więcej, zawsze było mnóstwo odwiedzających oraz młodych artystów siedzących i kopiujących dzieło wielkich mistrzów.

Jednak nie wszystko było idealne. Gdzieś, ktoś popełnił błąd. Już w pierwszym tygodniu po kradzieży większość dyrekcji, ochrony została zwolniona. Policja przesłuchała wszystkich, wzięła odciski i sprawdzała każdy trop. Tak przynajmniej się wydawało. Śledztwo ujawniło jak łatwo było wynieść eksponaty z Luwru. Niektórzy paryżanie sami przyznawali się, iż niekiedy brali ze sobą „pamiątki” np. statuetki fenickie, drobne przedmioty sztuki zdobniczej, a nawet maski kamienne. O kradzież posądzony był nawet sam Pablo Picasso i John Pierpont Morgan – amerykański milioner, kolekcjoner dzieł sztuki. Francuskie media wyznaczyły nagrody. Proponowano nawet 50 000 franków za zwrócenie dzieła. Ale nikt się nie odzywał, a wszyscy podejrzani okazywali się fałszywym tropem. Jedynym potwierdzonym faktem były zeznania księgowego paryskiego, który akurat w poniedziałek rano przechodził przez Quai de Louvre. Zwrócił uwagę na dziwnie zachowującego się mężczyznę, który trzymał kartonowe płaskie pudło i wyrzucał coś do rowu obok muzeum. Po sprawdzeniu okazało się, iż jest to brakująca klamka od jednych z drzwi muzeum.  Wszystko jednak bez skutku. Nie udało się wykonać portretu pamięciowego, a ślad dalszy zaginął.

Z biegiem czasu, sprawa Mona Lisy zeszła na dalszy plan. Nikt nie spodziewał się jej odnalezienia. Co ciekawe, w tym samym czasie, po świecie krążyły zapałki z wizerunkiem damy Leonarda produkowanym przez jedną z fabryk, która rok 1911 poświęciła reprodukcjom słynnych dzieł sztuki francuskich zbiorów. Tak więc, Luwr nie miał prawdziwego obrazu, ale ludzie posiadali jej 5 centymetrowe portrety  w swoich kieszeniach.

Nagle,  2 XII 1913 roku, włoski kolekcjoner dzieł sztuki Alfred Geri otrzymał list od tajemniczego Vincenzo Leonardiego, który zaoferował na najbliższą aukcję we Florencji sprzedaż ni mniej ni więcej – samej Mona Lisy. Czy ktoś mógłby w to uwierzyć? Oczywiście nie. Geri nie zamierzał tego traktować poważnie. Pozostawił list bez odpowiedzi. Dopiero za trzecim razem postanowił spotkać się z owym nadawcą. Do rozmowy dochodzi w domu Vincenzo. Antykwariusz przychodzi wraz z profesorem Poggi, ekspertem w dziedzinie malarstwa, a zarazem dyrektorem Galerii Uffizi. Ich oczom ukazuje się Mona Lisa. By sprawdzić dzieło, proponują zabranie jej do Galerii, gdzie mają potwierdzić autentyczność płótna. Złodziej nie podejrzewając nic, oddaje prace i zastrzega, że chce za nią 500 000 franków. Jeszcze tego samego wieczoru Vincenzo zostaje aresztowany.

Przesłuchania niewiele przyniosły. Okazało się, że jego  prawdziwe nazwisko brzmi Peruggia i z zawodu jest lakiernikiem. Pracował przez pewien czas w Luwrze jako malarz dekorator. 21 sieprnia 1911 roku przyszedł do muzeum jak zwykły pracownik i po prostu wyniósł obraz. Co ciekawe, gdy wychodził jedne drzwi zacięły się. Niechcący wyszła klamka, którą potem odnaleziono w  rowie. Wtedy o pomoc poprosił  kolegę, który niczego nie podejrzewając otworzył drugie. Złodziej przy wejściu na ulicę zdjął fartuch i w niego zawinął obraz. Chwilę później zniknął wśród Paryżan.  Wyobraźcie sobie, że był nawet przesłuchiwany w 1911 roku, ale nie wiadomo dlaczego akurat jemu nie sprawdzono odcisków palców. Pobieżnie obejrzano nawet jego paryskie mieszkanie, podobnie jak wszystkich pracowników. Mona Lisa ukryta w walizce czekała na wywiezienie, a tuż obok krzątali się policjanci!

Vincenzo Peruggia spędził w więzieniu tylko siedem miesięcy. Dlaczego ukradł dzieło? Tłumaczył to misją patriotyczną. Chciał, by włoskie dzieło wróciło do ojczyzny. Dlaczego jednak zwlekał z oddaniem 2 lata? Dlaczego chciał dzieło sprzedać? Czy to naprawdę dzieło Leonarda czy wspaniała kopia? Co działo się przez te lata z obrazem? Tego już się nigdy nie dowiemy. Po I wojnie światowej powrócił do Paryża, gdzie otworzył galerię sztuki.  Zmarł 8 października 1925 roku, zabierając całą tajemnicę ze sobą.

Kradzież ta niewątpliwie miała swoje zalety. Ukazała bowiem jak łatwo okraść muzeum. Jak niewłaściwie są one zabezpieczone. Czy odzyskane dzieło jest naprawdę pracą Leonarda da Vinci? Pozostawiam to Wam. Ja za każdym razem oglądając Giocondę w Luwrze zastanawiam się czy patrzę na autentyczne płótno.